Odeszła niemal w biegu, nagle i niespodziewanie, z kolejną porcją maili i festiwalowych dokumentów w ręce.
Elżbieta Penderecka
Polska działaczka kulturalna i mecenas sztuki, inicjatorka oraz organizatorka prestiżowych festiwali muzycznych, w tym Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego.
Członkini władz międzynarodowych fundacji muzycznych. Przez lata z oddaniem angażowała się w upowszechnianie muzyki klasycznej oraz konsekwentną promocję polskich artystów i polskiej kultury na najważniejszych scenach krajowych i międzynarodowych, stając się kulturalną ambasadorką Polski.

Nie było dla niej rzeczy niemożliwych
wspomina Jacek Marczyński
Kiedy wychodziła za mąż za 14 lat starszego od niej Krzysztofa Pendereckiego, była postrzegana wyłącznie jako młoda żona kompozytora zdobywającego coraz większe uznanie. Szybko nie tylko odnalazła się w tej roli, lecz także z czasem zbudowała własną pozycję w świecie muzyki i jej wielkich artystów.

Kapitał wyniesiony z domu
Rodzice Elżbiety Pendereckiej nie byli zachwyceni małżeństwem córki zawartym przez nią po pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Bardzo dobrze przygotowali ją jednak do roli żony sławnego artysty, nie tylko dlatego, że od dziecka obcowała z muzyką. Jej ojciec, koncertmistrz Filharmonii Krakowskiej i profesor tamtejszej Akademii Muzycznej, prowadził w domu zajęcia ze studentami, którzy nieraz urządzali też kameralne muzykowanie. Do tego dochodziły cotygodniowe koncerty filharmoniczne, na jednym z nich wysłuchała Polymorphii Krzysztofa Pendereckiego i bardzo się tym utworem zainteresowała.
Jak na rodzinę z tradycjami przystało, Elżbieta odebrała staranne wykształcenie domowe. Już w dzieciństwie zapewniono jej naukę języka francuskiego, do niemieckiego namawiała ją z kolei babcia, którą dziadek przywiózł z Wiednia. Babcia razem z matką wpajały zaś umiejętności pozornie nieprzydatne w socjalistycznej rzeczywistości. Kiedy jednak w 1967 roku Krzysztofa Pendereckiego zaproszono do jury konkursu w Monako, a słynna Nadia Boulanger, u której lekcje brało wielu świetnych kompozytorów XX wieku, zapytała ją, czy wie, jak na uroczystym obiedzie należy przywitać księcia i księżnę Monako, Elżbieta Penderecka zaprezentowała piękny skłon wyćwiczony przed laty w domu.

Frak w garderobie, dom w Ameryce
Na początek wspólnego życia Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich nałożył się olbrzymi sukces Pasji według św. Łukasza, który odmienił życie kompozytora. Ona mogła wyjeżdżać z Polski tylko jako jego żona, a i tak gdy Krzysztof Penderecki otrzymał profesurę w Folkwang-Hochschule für Musik w Essen, w kraju w charakterze zakładnika pod opieką dziadków musiał zostać ich mały syn Łukasz. Władze Polski Ludowej odmówiły mu paszportu, obawiając się, że rodzina w komplecie nie wróciłaby do kraju.
Elżbieta Penderecka okazała się idealną partnerką dla kompozytora, o którym jego przyjaciel Stanisław Radwan powiedział kiedyś, że ma naturalny lęk przed podejmowaniem ważnych decyzji. To żona zajęła się organizowaniem jego życia. Dbała o to, aby miał spokój i możliwość pracy twórczej.
Pamiętała o wszystkich jego terminach i o tym, by przed koncertem w garderobie zawsze czekały na niego frak i śnieżnobiała koszula. To pani Elżbieta zainicjowała budowę ich krakowskiej siedziby na Woli Justowskiej, a kiedy kompozytor został wykładowcą na Uniwersytecie w Yale, błyskawicznie załatwiła bankowy kredyt, znalazła willę, uzgodniła warunki kupna i dopiero wtedy zapytała męża, czy ten dom mu się podoba.
Krzysztof Penderecki powiedział kiedyś o niej: „Elżbietka jest bardzo towarzyska”. To pozornie błahe zdanie świadczyło o czymś istotnym dla sławnego twórcy uczestniczącego w dziesiątkach nieformalnych spotkań, rozmów, przyjęć czy kolacji. Potrafił wówczas celną uwagą spuentować rozmowę, ale częściej pozostawał zamyślony i milczący, więc konwersację prowadziła Elżbieta Penderecka. To była kolejna umiejętność wyniesiona z rodzinnego domu.

Szampan z Mścisławem Rostropowiczem
Można śmiało zakładać, że bez pani Elżbiety Krzysztof Penderecki nie miałby tylu bliskich mu artystów. A na korzyść tej tezy świadczą choćby okoliczności jego spotkania z Mścisławem Rostropowiczem. W 1974 roku po koncercie słynnego wiolonczelisty w Carnegie Hall w Nowym Jorku Elżbieta Penderecka zaproponowała Krzysztofowi, by poszli mu pogratulować. On nie był chętny, uważał, że Rostropowicz jest na pewno zmęczony, jednak uległ żonie. Przed garderobą artysty stał tłum, ale Elżbieta zdołała poinformować ochronę, że Krzysztof Penderecki chciałby pogratulować mistrzowi. Po chwili Rostropowicz wybiegł na korytarz, porwał oboje do pokoju i zamówił szampana.
Tak zaczęła się przyjaźń, której pięknym zwieńczeniem niemal ćwierć wieku później był warszawski występ Mścisława Rostropowicza w cyklu „Koncerty Wielkich Mistrzów – Elżbieta Penderecka zaprasza”. A Rostropowicz wykorzystał tę wizytę w naszym kraju, by poszukać śladów swoich polskich przodków.
Kobieta silna i krucha
W latach 90. Elżbieta Penderecka nie ograniczała się już do roli żony kompozytora. Postanowiła zająć się organizowaniem życia muzycznego. Pierwsze doświadczenia zdobywała na początku tamtej dekady, pomagając mężowi w prowadzeniu Festiwalu im. Pablo Casalsa w San Juan w Portoryko. Krzysztof Penderecki był w latach 1992–2002 jego dyrektorem artystycznym, ona zaś zajmowała się sprawami organizacyjnymi.
W tym samym czasie współtworzyła w Polsce jedną z pierwszych prywatnych agencji artystycznych Heritage Promotion of Music and Art. W drugiej połowie lat 90. coraz mocniej angażowała się też w organizację życia muzycznego w Polsce. To przy jej aktywnym udziale powstała Sinfonietta Cracovia, a ona sama została przewodniczącą rady programowej festiwalu Kraków 2000 – Europejskie Miasto Kultury. To dzięki niej zaproszenie na występy w Polsce przyjęło wielu najwybitniejszych artystów i zespołów, jak Martha Argerich, Jessye Norman, Maxim Vengerov, Shlomo Mintz, Nowojorscy Filharmonicy z Kurtem Masurem, Norddeutsche Rundfunk z Christophem Eschenbachem, Concentus Musicus z Nikolausem Harnoncourtem.
O Elżbiecie Pendereckiej zaczęto wtedy mówić w Polsce, że nie ma rzeczy, której nie potrafiłaby załatwić, także jeśli chodzi o środki finansowe na własne projekty. Zazdroszczono jej tego, co z kolei wywoływało w niej pewien rodzaj reakcji obronnej – niechęci do osób uznanych przez nią za nieprzyjazne. Była silna, ale przecież jednocześnie krucha, zwłaszcza wtedy, gdy jako młoda dziewczyna weszła w nieznany wcześniej świat. Musiała wyćwiczyć w sobie siłę połączoną z konsekwencją i dyscypliną – nigdy nie kończyła dnia bez dokończenia bieżących spraw. Ale upłynęło nieco czasu, nim dostrzegła, że jest doceniana i podziwiana, a do ewentualnych krytyków nabrała wówczas życzliwego dystansu.
Dwie strony jej osobowości ujawniły się też w trakcie ciężkiej choroby, a potem po śmierci Krzysztofa Pendereckiego. W ostatnich tygodniach jego życia była przy nim niemal 24 godziny na dobę. Traumatyczne przeżycia stały się niewątpliwie przyczyną jej ciężkiej choroby, po której wydawało się, że już się nie podniesie. A jednak kolejny raz pokazała, jak silną jest kobietą. Po żmudnej rehabilitacji zaczęła znowu chodzić, odzyskała mowę, wróciła do pełnej aktywności.

Kolacja dla Yehudiego Menuhina
Przez 55 lat stała zawsze obok Krzysztofa Pendereckiego, a jednocześnie można było na nią liczyć w wielu innych sprawach, których się podejmowała, nie dbając przy tym o rozgłos. Były to zdarzenia proste, jak przywiezienie komuś zza granicy trudno dostępnej partytury. I sytuacje bardziej skomplikowane, wymagające dyplomacji w działaniu. Gdy w 1984 roku zaczęła powstawać orkiestra Sinfonia Varsovia, jeden z jej współtwórców Waldemar Dąbrowski zamarzył sobie, aby jej stałym dyrygentem został Yehudi Menuhin. Udało mu się zaprosić go do Polski, ale nie miał pomysłu, jak go oczarować. Poprosił więc Elżbietę Penderecką, by zorganizowała przyjęcie, które uświadomi Menuhinowi, że tu jest normalna Europa. A ona zaprosiła do swojego domu elitę intelektualną Krakowa z Zagajewskimi i Miłoszami na czele, nic więc dziwnego, że Menuhin wyszedł stamtąd oczarowany.
Przy licznych zobowiązaniach własnych i męża zawsze miała czas dla innych. Cechowała ją niewiarygodna pamięć do twarzy i nazwisk, co sprawiało, że potrafiła natychmiast nawiązać kontakt z każdym, nawet jeśli ich poprzednie spotkanie odbywało się wiele lat temu. Z troskliwością przypatrywała się nowym talentom. Dzięki niej powstała Orkiestra Akademii Beethovenowskiej, wprowadzała na estrady nowych solistów, kiedy Szymon Nehring zdobył I nagrodę na Konkursie im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie, towarzyszyła mu we wszystkich etapach tej rywalizacji. Z myślą o kolejnych pokoleniach zaangażowała się z mężem w powstanie Europejskiego Centrum Muzyki w Lusławicach.
Dwa wielkie zadania
Najważniejszym jednak dziełem jej życia stał się stworzony w 1997 roku Wielkanocny Festiwal im. Ludwiga van Beethovena odbywający się najpierw w Krakowie, a od 2004 roku w Warszawie. Był pierwszą tak dużą imprezą muzyczną w Polsce podczas Wielkiego Tygodnia, a z czasem rozrósł się terminowo i programowo, zyskał rangę międzynarodową. Niejako konsekwencją rozwoju festiwalu stało się powołanie w 2003 roku Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena, którego Elżbieta Penderecka została prezesem. Oprócz prowadzenia festiwalu Stowarzyszenie zajmuje się promowaniem za granicą polskiej kultury i artystów.
Po śmierci Krzysztofa Pendereckiego uważała, że ma drugie wielkie zadanie – opiekę nad spuścizną męża. W 2023 roku zorganizowała obchody 90. rocznicy jego urodzin, była wszędzie tam, gdzie wykonywano jego utwory. Porządkowała pozostałe po nim archiwum. Radość przyniosło jej na przykład prawykonanie wydobytych fragmentów jego nieukończonej opery Fedra. Przyjęła na siebie obowiązek kierowania radą programową Europejskiego Centrum Kultury Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach.
W Polsce i na świecie uhonorowano ją dziesiątkami nagród, odznaczeń i tytułów. Z każdego bardzo się cieszyła, ale największą radością była planowanie, programowanie i organizowanie kolejnych Festiwali Beethovenowskich i innych przedsięwzięć służących polskiej kulturze. BM