Johannes Brahms (1832-1897)
Koncert skrzypcowy D-dur op. 77
Dopiero w dwadzieścia lat po ukończeniu Koncertu fortepianowego d-moll, w 1878 roku Johannes Brahms przystąpił do pracy nad drugim swoim dziełem koncertowym – Koncertem skrzypcowym D-dur. Pisał go z myślą o wielkim skrzypku Józefie Joachimie, z którym przyjaźń łączyła go od ćwierćwiecza. Lato tego roku spędzał w uroczym kurorcie Pörtschach nad Wörtersee w Karyntii, był tu zresztą także rok wcześniej – i tu ukończył swoją II Symfonię D-dur, której kolejne wykonania (może poza konserwatywnym Lipskiem) przyniosły mu ostatnio tyle radości. Zachwycał się pięknem tutejszej przyrody, a do Eduarda Hanslicka pisał: „Tyle tu melodii wokoło, że trzeba uważać, by ich nie podeptać”. Może też, by jeszcze bardziej zbliżyć się do natury, właśnie wówczas zapuścił swoją słynną brodę, która całkowicie odmieniła jego wygląd – i z którą nie rozstał się już do końca życia. Przyjaciel Brahmsa, znakomity śpiewak Georg Henschel, notabene urodzony we Wrocławiu, wspominał, jak po powrocie z wakacji, w towarzystwie zwrócił się do niego niewysoki, brodaty i długowłosy mężczyzna, który przedstawił się jako „Musikdirektor Müller” – i w pierwszej chwili nie rozpoznał Brahmsa!
Praca nad Koncertem postępowała szybko, widać Brahms miał już przemyślany całościowy plan dzieła, choć później z pierwotnie planowanej czteroczęściowej formy utworu usunął dwie części środkowe (prawdopodobnie są one dwiema środkowymi częściami czteroczęściowego II Koncertu fortepianowego B-dur z 1881 roku) i w ich miejsce wstawił nowe Adagio, jak pisał: „słabe adagio”. Oczywiście znów myślał o koncercie typu symfonicznego, gdzie podobnie jak w Koncercie fortepianowym d-moll rola orkiestry nie byłaby sprowadzona do prostego akompaniowania soliście. Wiedział, że taki typ koncertu trudnej dociera do słuchaczy niż popisowe, wirtuozowskie utwory Vieuxtempsa, Bériota, Wieniawskiego, Sarasatego, lecz wzorem był dla niego genialny Koncert skrzypcowy Beethovena. On przecież także nie od razu został zrozumiany – i właściwie dopiero wykonanie utworu przez dwunastoletniego (sic!) Józefa Joachima, w 1844 roku w Londynie pod dyrekcją Mendelssohna, przywróciło do życia to wspaniałe dzieło. Brahms wierzył więc w Joachima, którego wykorzystał zresztą jako „konsultanta” partii skrzypcowej. Drogą pocztową (a poczta działała wówczas ponoć szybciej, niż dziś!) Joachim regularnie otrzymywał kolejne partie utworu i na marginesie notował wszelkie uwagi. Joachimowi pozostawił też Brahms napisanie solowej kadencji – i choć dziś znamy wiele innych, to właśnie kadencja Joachima wykonywana jest najczęściej.
• Koncert skrzypcowy Brahmsa wyłania się z szerokiego, pastoralnego tematu niskich smyczków i drzewa unisono, który niebawem przechodzi w „akompaniowane” kantylenowe solo oboju i stopniowo rozwija się we wciąż potężniejącą orkiestrową ekspozycję – u jej kresu pojawia się wreszcie „podprowadzone” przez orkiestrę, pełne mocy, dramatyczno-rapsodyczne solo skrzypiec. Taki jest początek dzieła, pierwsze jego takty, które wyraźnie ukazują niezwykłą skalę-rozpiętość muzycznej ekspresji: od lirycznych, kantylenowych partii tematycznych solisty i wyprowadzanych z nich kunsztownych pasażowych rozwinięć, po „mocne”, dramatyczne fragmenty orkiestrowych tutti. Ekspozycja, przetworzenie, repryza – kulminacją potężnego, rozległego sonatowego Allegro non troppo będzie solowa kadencja (szczególnie ta Joachima!), w której jakby ogniskują się niemal wszystkie techniczne trudności partii skrzypcowej. Trudności niebagatelne! „Niewygodne” pasaże, gra w dwudźwiękach i akordach, trudności intonacyjne wynikające z wielkich skoków, specyficzne, „wymagające” prowadzenie smyczka. Wszak o Koncercie Brahmsa mówiono, że jest to „koncert przeciwko skrzypcom” (Hans von Bülow) lub „koncert fortepianowy do grania na skrzypcach”, zaś nasz Henryk Wieniawski określił go wręcz jako „niegrywalny”.
• Z kolei à propos drugiego Adagio inny wielki wirtuoz Pablo Sarasate powiedzieć miał, iż przenigdy nie włączyłby do swojego repertuaru koncertu, w którym jedyną prawdziwą melodię gra solowy obój, podczas gdy on, solista, stoi przed zespołem z opuszczonymi skrzypcami, jak słuchacz. Nieco przesadził: w owym natchnionym, pastoralnym Adagio dałoby się z pewnością odnaleźć kilka naprawdę pięknych, „całkiem melodyjnych” rozwinięć tegoż tematu. Przypomnijmy jeszcze przy okazji, że to właśnie Sarasate stał się w Lalce Prusa pierwowzorem skrzypka Molinariego, podbijającego w 1879 roku serca warszawskich słuchaczy.
• Ostatnią częścią Koncertu Brahmsa – i jego kapitalnym zwieńczeniem – jest wirtuozowskie sonatowe rondo Allegro giocoso, ma non troppo vivace, będące prawdziwym, ognistym czardaszem – to oczywisty ukłon w stronę Józefa Joachima, który przecież urodził się na Węgrzech, w węgiersko-żydowskiej rodzinie. Notabene, w finałach wszystkich czterech koncertów Brahmsa usłyszymy „węgierską nutę”, zawsze przecież tak bliską twórcy słynnych Tańców węgierskich.
Józef Joachim przedstawił Koncert skrzypcowy Brahmsa 1 stycznia 1879 roku w lipskim Gewandhausie, dyrygował oczywiście kompozytor. Przed dwudziestu laty w tej samej sali „wysyczano” jego Koncert fortepianowy d-moll, teraz sukces był niepodważalny, dodatkowo wzmocniony autorytetem Joachima. Wkrótce też Joachim wyruszył na podbój Europy, prezentując Koncert Brahmsa w Budapeszcie, Wiedniu, Londynie, Amsterdamie. Później zaś utworem zainteresowali się inni wielcy skrzypkowie epoki: Hugo Heermann, Richard Barth, Adolf Brodski – i niebawem także pierwsza kobieta, Marie Soldat, młodziutka uczennica Joachima. Brahms poznał ją latem 1878 roku w Pörtschach, właśnie wówczas, gdy pisał swój Koncert – i polecił Joachimowi. Być może była też jego muzą, gdy komponował w rok później, znów w Pörtschach swoje kolejne opus, Sonatę na fortepian i skrzypce G-dur op. 78, przepiękną „Regensonate”.
Stanisław Kosz